Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
Shop deviantART for the
holidays and save BIG!
Click here! :holly:
[x]

deviantART

:thumbsup:
 


- Za Avalon i avalończyków! - wrzasnął młody marynarz, przekrzykując ciżbę panującą wewnątrz tawerny. Zebrany w środku tłum radośnie mu zawtórował. Ku powale uniosły się niemal jednocześnie wszystkie kufle, poczym ze stukiem opadły na stoły. Na nowo wznowił się gwar, co i rusz przerywany toastami.
Barcino świętowało. Na zewnątrz, w mroku nocy nadal widać było łunę nad dogasającym już garnizonem. Za to nad fortami na redzie portu z dumą łopotała flaga Castille. Zaś samo miasto odbite w – zdawałoby się – cudowny sposób z rąk najeźdźcy, dawało upust swej radości. Tańczono na ulicach przy wielkich ogniskach, nad ciżbę co i raz wznosiły się toasty wychwalające nie tak dawnych wrogów – mieszkańców Avalonu.
Załoga fregaty „Nest”, która wpierw ostrzeliwała i przejeła forty broniące wejścia do portu, a potem w samym basenie portowym wykończyła monteńskie galeony, bratała się na nabrzeżu z innymi marynarzami, oraz mieszkańcami wyzwolonego miasta. Każdy Castylijczyk za punkt honoru postawił sobie wynagrodzenie trudów i udręk bitwy Psom Morskim - żołnierzom Królowej Elaine; W rezultacie również innym marynarzom pochodzącym z Wysp przypadł zaszczyt świętowania cudzego zwycięstwa, lecz wśród ogólnej zabawy nie miało to najmiejszego znaczenia.

Ku powale wzniosły się kolejne kufle, lecz toast jaki miał zostać wzniesiony został z miejsca zagłuszony przez donośny okrzyk.
- Za Królową! Nest! I whiskey! - Okrzyk, który niechybnie został rozpoznany przez kilkoro marynarzy z „Nest”, jacy akurat w owej tawernie się znajdowali; Wrzasnęli huralnie i poczęli się przeciskać w stronę drzwi.
Bowiem stała tam rudowłosa kobieta. Ubrana „po męsku” - w białą koszulę ze sznurowanym dekoltem, i szerokimi rękawami; w przylegających do smukłych, krzepkich nóg spodniach z płutna żaglowego, oraz w wysokich butach z wyłogami - hardo trzymająca dłonie na biodrach i wyzywająco unoszaca podbródek sprawiała niezapomniane wrażenie. Efekt ten psuł nieco olbrzmi, płowowłosy vesteńczyk, który stał z boku i nieznacznie pomagał jej utrzymać pozycję horyzontalną. Potoczyła wzrokiem po zaskoczonych ludziach i wybuchła donośnym śmiechem.
- No kamraci! Bosman Goldfinch wróciła z krainy zmarłych! - rzuciła. I dumnie, lecz powoli weszła pomiędzy wrzawę jaka wybuchła, gdy została rozpoznana. Biesiadnicy mieli bowiem przed oczyma dwójkę bohaterów minionych dni –  bosman Kate Goldfinch, która brała udział w zdobywaniu portowych fortów, oraz olbrzyma z północy -  vestena Alfgeira, który prowadził natarcie na garnizon monteński. Oboje zostali w trakcie bitwy ciężko ranni, i nawet sama załoga zastanawiała się, czy wyliżą się z tego.
Gdy tylko zrobiono im miejsce, natychmiast otoczył ich wianuszek ciekawskich. Dopiero z bliska widać było, że nadal potrzebują rekonwalescnencji – szeroki tors Vesta oprócz koszuli oplatały zwoje bandarzy, a bosman  krzywiła się nieznacznie z bólu gdy tylko nieopatrznie poruszyła się zbyt gwałtownie. Wypytywano ich co chwilę o kolejne przygody, relację z samej bitwy. Goldfinch, pomiędzy jedną szklanicą whiskey a drugą, odpowiadała, że jeszcze nie pora. Natomiast siedzący obok Alfgeir zbywał milczeniem zaczepki co bardziej natrętnych ciekawskich. Zaś marynarze „Nest” starali się trzymać gapiów na odległość ręki; co też prawie doprowadziło do burdy.
- Na, Dzieci Morza! - huknęła Goldfinch, stając chwiejnmym krokiem między nimi – Nie bić się. Jesteśmy teraz braćmi, a bracia się nie biją o byle durnoty – pogroziła palcem młodemu avalończykowi, który natychmiast spłonął rumieńcem – Chcecie opowieści, to je mieć będziecie! - dodała siadając na swoje miejsce.
W sali zapadła cisza. Wszyscy z zapartym tchem zaczęli wsłuchiwać się w historię...

*

Gdy ma się dwanaście lat, calusieńki świat wydaje się magiczny. A opowieści dorosłych stanowią do owego świata klucz. A mała Kate słuchała z zapałem opowieści swego ojca o cudach Thei, o swoich morskich czynach ku chwale królowej Elaine. I zapragnęła wyrwać się z domu, choćby do Canguine – miasta żeglarzy, takich jak ojciec. Z dala od matki zaganiającej ją do nudnych prac domowych i pomocy w prowadzonej przez nią samą tawerny. Jak najdalej od zanudzających ją braci – sędziego, który nawet w domu posługiwał się żargonem; dwójki żołnierzy, którzy jakby mogli, to wszystko, łącznie ze swoimi rodzinami ustawili na podobieństwo armii; kupca, dla którego mała Kate, męcząca go o bajkę była zmorą. Piątego z nich, małego berbecia ciągle uczepionego rąbka matczynej spódnicy w to  nie wliczała.
A gdy usłyszała, jak jej ojciec narzeka, że jego synowie nie potrafią korzystać z życia jak prawdziwi mężczyźni, uświadczyła się w przekonaniu, że bez jej pomocy, rodzina O’Donnan popadnie w zniewieściałość. I nie przeszkadzało jej, że sama należy do rodzaju niewieściego; przecież nie raz i nie dwa słyszała, że kobiety w Thei dają sobie radę w każdej sytuacji, i to nie gorzej od mężczyzn. Przykładem była choćby i królowa Elaine we własnej osobie, która sama przekonała cały Avalon o swoim królewskim pochodzeniu.
Z głową pełną opowieści ojca, workiem podróżnym przerzuconym przez ramię, pewnego wiosennego poranka wymknęła się z domiu. W przebraniu podrzędnego majtka udała się do portu. Tam zaokrętowała się na pierwszym lepszym statku płynącym do Canguine; ten kilkudniowy rejs stał się początkiem jej przygody na morzu.

- Christofer!! Christofer!! – krzyczał kucharz. Bose stopy zadudniły o deski pokładu, gdy drobny chłopak, oderwany od szorowania nadbudówki brygu, biegł w kierunku kambuza. Schodzący mu z drogi marynarze tylko kręcili głowami, i wymieniali między sobą uwagi na temat kucharza. Był to bowiem człowiek nie lubiany przez załogę – wyjątkowo wredny i złośliwy, z rodzaju tych, co to potrafił wszystkim uprzykrzyć życie na pokładzie dla własnego „widzimisię”.
- Co tak długo, darmozjadzie?! – warknął, gdy zziajany chłopak stanał przed nim – Drę się tu od kilku minut! Znowu zasnąłeś nicponiu! Za karę obejdziesz się dzisiaj bez jedzenia! – dodał z sadystycznym wręcz uśmiechem na ustach, widząc niedowierzanie na twarzy swojej „ofiary” – Jeszcze trochę, a bosman Carlson wywali Cię przez burtę! Ciesz się, że się na ciebie nie skarżę ladaco! – poczym wskazał stertę brudnych naczyń, z nakazem wyszorowania ich do obiadu. I chłopak chcąc, nie chcąc spędził pól dnia głodny, czyszcząc zaskorupiały brud ; kucharz bowiem ani myślał samemu je czyścić zaraz po użyciu.
Gdyby ktoś wówczas widział owego majtka pochylonego nad garnkami, w uwalonych portkach z płótna żaglowego, nigdy by nie uwierzył, że jest on dziewczyną. Krótko i krzywo przycięte włosy, umorusana twarz, bezkształtne ubranie maskujące dopiero co rozwijające się dziewczęce kształty - wszystko to idealnie chroniło poszukiwaczkę przygód od wszelakich podejrzeń; Nawet majtkowie, z którymi sypiała na pokładzie nie mieli o tym pojęcia. Najmłodsza na statku zarówno stażem, jak i wiekiem, była wykorzystywana do wszelkich niewdzięcznych prac; z tym, że za robotę w kuchni jedyną „nagrodą” był kopniak, lub trzepnięcie w głowę.
Nienawidziła kucharza z całego serca; podobnie jak reszta załogi. Już od pierwszych chwil na statku wiedziała, że to drań i niegodziwiec. Kolejne dni ja tylko w tym utwierdziły. Ale nic nie mogła zrobić, nawet się poskarżyć. Kucharz bowiem zełgałby coś i to ona dostałaby się pod „kota o dziewięciu ogonach” – bat bosmana; dlatego postanowiła przecierpieć rejs, a na sam jego koniec zemścić się na kucharzu.
Przypomniała sobie, jak jej matka używała pewnego, łatwo dającego się zrobić specyfiku, by u strutego rodzeństwa wywołać torsje. Przydawało się to zwłaszcza, gdy starsi bracia byli schlani niemal do nieprzytomności, a rankiem mieli służbę; i tak nad szorowanymi garami zaczął kiełkować plan.
Na „płukankę” składała się więc mocno osolona woda. Ponieważ nie miała dostępu do soli – pilnie strzeżonego „skarbu” kucharza -  wykorzystała wodę morską, oraz pieprz i wszelkiego rodzaju przyprawy wykradzionych z przewożonych w  ładowni pak; miało to na celu usunięcie fetoru wody.. Taki „sos” można było podawać od razu, lub w przypadku przytomności ofiary – w dowolnej potrawie - najlepiej zupie lub polewce. Więc w przeddzień zawinięcia do Canguine, dolała ową mieszaninę do zupy. Co prawda załoga nie dostała torsji, jak myślała, ale  fetor jaki roztaczali Ci, co nie dobiegli na czas do burty, świadczył o tym, że jej plan zadziałał. W środku nocy usłyszała wrzaski pod pokładem, a po chwili zobaczyła wleczonego przez wymizerowanych marynarzy kucharza nie omieszkała się uśmiechnąć; gdy zaś -został wrzucony do morza – z całym pominięciem procedury „batorzenia” - pożegnała go gromkim śmiechem, klaszcząc z uciechy w dłonie.
Następnego dnia w porcie Canguine, po otrzymaniu zapłaty rozpłynęła się w tłumie. Następnie zaokrętowała się na kolejnym statek. Tym razem był to okręt handlowy o dźwięcznej nazwie „Czarny Rybołów”; wiadomo, jakim rodzajem „handlu” trudniła się załoga.

*

Cała sala nadal tonęła w gromkim śmiechu, gdy Goldfinch skończyła opowiadać historyjkę. Obok niej dudnił bas Alfgeira śmiejącego się w kułak. Chwilę później przed nimi stanęła butelka najprawdziwszej inlandzkiej whiskey. Dziewczyna wyszczerzyła się do niej szeroko, szybko odkorkowała:
- Za Królową!! Nest!! I whiskey!! - ponowiła swój toast, i duszkiem opróżniła połowę butelki. Niektórzy z zebranych wstrzymali oddech. Jednak Goldfinch tylko ze stukiem odstawiła naczynie i znowu wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu – Aye! A reszta na później! - powiodła wzrokiem po zaskoczonych twarzach – He he! Myślicie, że skąd mój przydomek?
- Boś pani piękna niczym... - zaczął któryś z bardziej śmiałych mężczyzn, lecz przerwał mu donośny i szczery śmiech pani bosman. Chwilę później zawtórował mu basowy rechot Jej towarzysza.
- No to ci dopiero dobry żart! - powiedziała, gdy wreszcie się uspokoiła – Tak to się dawno nie uśmiałam – dodała, ocierając ukradkiem łzę. Pechowy jegomość spłoną rumieńcem, lecz nie wycofał się.
- Więc czemu zwą Cię Sikorką? - spytał.
Rudowłosa odchyliła się na krześle. Przez chwilę wpatrywała się w świece migoczące w podwieszonym u powały kole od wozu, które służyło za żyrandol. Wreszcie ze stukiem postawiła krzesło i wyszczerzyła się do zebranych. Ale tym razem jej uśmiech był bardziej drapieżny, niż zawadiacki. Nawet jej załoganci przełknęli nerwowo ślinę. Znali bowiem ten grymas.
Bosman Goldfinch uśmiechała się tak na chwilę przed abordażem.

*

Letnie słońce przypiekało, gdy „Czarny Rybołów” ruszał w rejs, by zapolować na wiozące syrneckie artefakty galeony Montaigne. Korsarski okręt, z załogą pełną drabów, pod fałszywą banderą czatował na niespodziewające się niczego statki, by w odpowiednim momencie wciągnąć flagę z drapieżnym, czarnym ptakiem w szkarłatnym polu.
Na jego pokładzie piętnastoletnia Kate - niedościgniona w śmiganiu po wantach i rejach - brała udział w niejednym już abordażu. I mogła się już z dumą obnosić ze swoją pierwszą poważną ranę – ostrze marynarskiego noża rozcięło wnętrze lewe dłoni, gdy złapała za nie w trakcie szamotaniny. Załoga jednak podziwiała Ją za co innego – umazała krwią z rany swoją twarz i wyjąc skoczyła w sam środek walki. Pojawieniem się na pokładzie zakrwawionego, płomiennowłosego demona niemal złamało ducha obrońców. Tamtego dnia cała załoga hucznie opijała zwycięstwo; pili jej zdrowie, co strasznie schlebiło młodej piratce.
Lecz teraz na horyzoncie majaczył kolejny statek. Samotny avalończyk został zagnany przez nieprzychylne wiatry z dala od bezpiecznych, patrolowanych przybrzeżnych wód. Cała załoga już świętowała zwycięstwo. Wyjątkiem był kapitana.
I Ona sama..
Siedząc w bocianim gnieździe, patrzyła się przez lunetę i widziała dokładnie z kim mają do czynienia. Smukła sylwetka statku celowo została oszpecona, by nadąć jej pozory niezdarności. Mieli przed sobą najpewniej zakamuflowany okręt wojenny. Schowała lunetę za pasek, i zwinnie zsunęła się po linach i wantach na pokład. Stanęła obok kapitana okrętu korsarskiego, którego załoga nazywała Dziki Mac; imię to – chociaż fałszywe – przylgnęło doń na tyle, ż enikt już nie pamiętał jak stary wilk morski ma na imię:
- Ten avalończyk, to pułapka – powiedziała spokojnie, nie okazując przy tym ani strachu, ani tym bardziej szacunku pierwszemu po Theusie na pokładzie  – Ktoś sobie zadał sporo trudu by go odstawić, jak dziwkę w karnawał – skwitowała podając mu mosiężną tuleję.
Dziki Mac zmiął w ustach przekleństwo, lecz nie zrugał podwładnej. Wyjątkowo miała rację – Dobrze powiedziane – stwierdził spoglądając przez wręczoną mu lunetę – Wyjątkowo dobrze, Panno Fire – dodał, używając znienawidzonego przez dziewczynę przezwiska. Oparł się pokusie i nie uśmiechnął się przy tym złośliwie; lecz zawiódł się srodze widząc, że z twarz stojącej obok dziewczyny nie zmieniła wyrazu. Jej niezbyt ładna, spalona słońcem twarz nie wyrażała żadnych uczuć, jakie mogła doń żywić w tym momencie. Zmieszany reakcją nie pasującą do dziewczyny - jak i do zaistniałej sytuacji –  chrząknął i wydał jej kilka rozkazów, byleby tylko znalazła się daleko od niego.
Bał jej się. Była inlandką. Ale mogła się bawić tylko razem z załogą. Przy kapitanach i oficerach  natychmiast wkładała maskę powagi i niedostępności. Pamiętał o tym. I bał się.
Zwłaszcza po tym, jak  zdecydowanie odrzuciła awanse, jakie jej czynił; zacisnął zęby w niemym wyrazie wściekłości na samo wspomnienie. Nawet „kot o dziewięciu ogonach” nic nie wskórał; dziewczyna dzielnie wytrzymała chłostę, odchorowała zaleczanie ran i wróciła do służby. I nie pisnęła nawet słówkiem o powodach kary. Za to kapitan wiedział, iż w razie buntu ma serdecznego wroga w szeregach załogi. Przy pierwszej nadążającej się okazji chciał ją zostawić w porcie. Jednak zbytnio zżyła się z jego załogą, by mógł się jej pozbyć pod byle pretekstem.
Potrząsnął głową i znowu spojrzał przez okular lunety na statek, który z każdą chwilą był coraz bliżej. Za plecami słyszał tupot stóp swoich marynarzy, którzy szykowali się do walki. Ponad to wszystko przebijał się glos Fire, organizującej oddział abordażowy. Słysząc obelgi, mimowolnie zastanawiał się, kto ją tego nauczył, skoro pływała ledwie od trzech lat.

Kate była z załogą za pan brat. To była pierwsza rzecz jakiej się nauczyła, gdy przestała udawać chłopca. Marynarze lubili tylko jeden rodzaj kobiet – dziwki w porcie. A ona nie uważała się za kogoś, kto sprzedawałby swoje ciało tylko po to, by mieć spokój. Zaskarbiła więc sympatię marynarzy – a z czasem róznież szacunek, i coś w rodzaju podziwu – cięzko pracując na równi z innymi, w czasie flauty umilając im czas opowieściami z dalekij Inlandii. Nigdy nie próbowała ukrywać, że jest jej ciężko, ale nie skarżyła się na nic; walczyła z nimi, bała, śmiała się i płakała. Zaakceptowana stała się niemal ich oczkiem w głowie, gdyż miała w sobie to „coś”, co sprawiało, że nawet starsi od niej mężczyźni poszliby za nią choćby i do samego Legiona.
Po statku, z dala od uszu kapitana chodziły plotki, że właśnie dlatego została wychłostana przed całą załogą – stanowiła zagrożenie dla pozycji, jaką przez lata uzyskał Dziki Mac. Tym samym kapitan „Rybołowa” ukręcił bat na siebie samegoi.

Pierwsza salwa przewaliła się przez burtę, niczym przez masło. Słyszała wrzaski rannych. W gardle zaschło od wydawanych krzykiem rozkazów. W nozdrzach kręciło od zapachu prochu i spalenizny. Widziała zabitych, i tych mniej szczęśliwych, którym kule lub spadające belki zmiażdżyły kości. Uskoczyła przed spadającym fragmentem rei, który z łoskotem spadł razem z blokami i resztkami olinowania. Zaklnę dziko.
Kanonada avalończyka pozbawiła korsarzy ducha walki, ale nie mieli zamiaru tanio sprzedawać skóry. Wiedzieli, że gdy dostaną się w ręce Psów Morskich, to czeka ich tylko reja. Dlatego w akcie desperacji, kapitan kazał sternikowi skierować „Rybołowa” wprost na  okręt Wyspiarzy; załoga korsarzy ruszyła do ostatniego w życiu wielu z nich abordażu.
Owinęła wantę wokół przedramienia. Odbiła się zwinnie od burty i szerokim lukiem przeleciała na pokład drugiego okrętu. Wylądowała zgrabnie i natychmiast ruszyła do ataku. Oba statki zczepione linami abordażowymi pochłonęła kurzawa walki. Słyszała wrzaski i jęki konających, rozszarpywanych przez kule lub rozpłatanych niczym ryby na targu przez ostrza avalońskich żeglarzy; jej ziomków.
Z obrazami krwawej łaźni, jaką sprawili przeciwnikowi oplatającymi jej umysł, cięła nadbiegającego marynarza przez twarz, i poprawiła przyszpilając go do desek pokładu; jego twarzy zastygła w wyrazie bezbrzeżnego zdziwienie, iż ginie z rąk takiego młokosa. Nie miała czasu by się temu przyglądnąc dokładniej, gdyż z miejsca musiała odeprzeć kolejny atak:
- Więcej was matka nie miała – warknęła zastawiając się przed ciosem. Odskoczyła w tył, poczym wykonała nagły wypad starając się trafić najbliższego z napastników. Ostrze nie dosięgło celu, zaś ona poczuła jak coś wali się jej na kark i plecy,  i przygważdża do pokładu swoim ciężarem. Stęknęła i wypuściła z dłoni tasak. W oczach pociemniało. Zanim nastąpił ostateczny cios, dziewczynę pochłonęła błoga, lepka ciemność.

Gdy się ocknęła było już po wszystkim. W powietrzu czuła zapach palącego się drewna, plusk wyrzucanych za burtę zwłok. Nieliczne, zwisające z reji ciała rzucały smętne, kołyszące się cienie na deski i przyciągały kolejne mewy. Stęknęła próbując się podnieść, ale tajemniczy ciężar – który okazał się być sporym fragmentem olinowania - przygważdżający do pokładu. Usłyszała czyjś okrzyk:
- Hej! Tu się coś jeszcze rusza!! – bose stopy  zadudniły o deski pokładu. Ktoś szarpnięciem uwolnił ją od ciężaru, jaki do te pory uniemożliwiał jej poruszanie się. Silne dłonie wykręciły ręce i zmusiły do klęknięcia. Syknęła z bólu, a przed oczyma zatańczyły czerwone plamy. Uniosła nieznacznie głowę by się rozejrzeć. Pokład był polewany wodą, by zmyć plamy szkarłatu. Zaszywano worki z poległymi marynarzami; zwłoki korsarzy oddawano Matce Głębi bez najdrobniejszej oznaki szacunku. Uśmiechnęła się wrednie widząc Dzikiego Mac’a bujającego się na rei; jakaś mewa właśnie zabierała się za jedno z jego oczu.
- Odciąć liny! – padł rozkaz, i dymiący „Rybołów” odepchnięty od burty, z kapitanem wiszącym na konopnej linie, ruszył w ostatni rejs.
Wokół jeńca zebrał się pokaźny tłumek gapiów. Nie szydzili z niej, lecz cicho wymieniali między sobą jakieś uwagi pokazując ją palcami i uważnie się jej przyglądając..
- Co to za zbiegowisko psia mać?! – nad pokładem rozległ się donośny głos – Nie macie, psie syny, nic do roboty?? – przez żednący z wolna tłumek przecisnął się potężny, czarnoskóry mężczyzna w powalanej krwią koszuli i spodniach. Obrzucił więźnia długim, ponurym spojrzeniem więźnia. Nagle jego oczy rozszerzyły się z niedowierzania. I roześmiał się donośnie:
- A to ci niespodzianka! Kapitan będzie wielce rad! – i gestem kazał puści oszołomioną dziewczynę. Złapał ją pod ramię i mimo protestów, przekleństw, a także – dośc nieudolnych – prób siłowych - zaciągnął ją na rufę, gdzie mieściła się kajuta kapitańska. Nadal trzymając ją mocno zapukał do drzwi i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Wciągnął nadal opierająca się dziewczynę do środka, poczym zamknął drzwi.
W środku panował lekki półmrok, ale mimo to zobaczyła drugiego mężczyznę pochylonego nad stołem i przeglądającego mapy. Gdy przy wtórze wrzasków weszli podniósł oczy znad papierzysk i wpatrywał się w nich z uwagą:
- Kapitanie, melduję posłusznie, że zguba się znalazła!
- No proszę – znajomy, schrypnięty głos, był pełen wyrzutu – Matka się zamartwia, a ty się szlajasz po morzu z jakimiś szumowinami! Wstyd nie masz!
Wybałuszyła oczy w ojca, który właśnie minął stół i ruszył w jej kierunku:
- Ja wszystko wytłumaczę! – zaczęła, ale celnie wymierzony policzek uciszył ją.
- Panie Blaksmith, proszę opuścić moją kajutę. Stanie pan za drzwiami i nie będzie wpuszczał nikogo do środka. I proszę nie interweniować – dodał, a w jego opanowanym glosie brzmiała stal gniewu – Muszę porozmawiać z moją krnąbrną latoroślą...

*

- ... I co? Co było potem? – dopytywali się zebrani wokoło stołu.
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się – Jak to co? Ojciec na mnie nawrzeszczał, Ja nawrzeszczałam na Niego. Potem się pobiliśmy i zdemolowaliśmy jego kajutę. A potem wyściskał mnie za te cztery lata, co mnie w domu nie było – pociągnęła łyk whiskey – Nie muszę mówić, że jego załoga miała nietęgie miny, jak wyszliśmy na pokład. Ale do tej pory nie mogę zpaomnieć spokojnego barytonu Jhona Blacksmitha „Nie ma na co się pchać na chama. Kapitan sam sobie poradzi”. Cały czas naszego „godzenia się” powstrzymywał marynarzy mojego ojca od ruszenia swojemu kapitanowi z pomocą! - dodała. Cała sala wybuchła śmiechem - I właśnie na „Szalonym Albatrosie” zyskałam swój „ptasi” przydomek – kontynuowała.
- W jaki sposób?
- Próbowali mnie upić – posłała szeroki uśmiech – Ojciec pozwolił im trochę poszaleć, z okazji odzyskania krnąbrnej latorośli. No to stwierdzili, że mnie trzeba sprawdzić, czy aby na pewno jestem z jego krwi.
- I jak to się skończyło?
- Ha! Nie dotrwali końca „próby”. Zwalili się jak jeden mąż na pokład! - opróżniła do końca butelkę  – Z resztą, chwilę później ja również przywitałam się z bliska z deskami pokładu. Ale co moje to moje! - ostatnie słowa wypowiedziała salutując sufitowi pustą już butelką po whiskey.
W tym momencie z krzesła obok wstał jej towarzysz:
- Pani bosman, dnieje. Czas wracać na „Nest” zanim Owl się zorientuje, że nas nie ma – powiedział podając jej rękę. Wsparła się na niej i powoli wstała. Syknęła cicho, gdy zatrzeszczały poobijane kości.
- Zatem koniec na dzisiaj mych opowieści – powiedziała z przepraszającym uśmiechem – Może jeszcze tu zawitam, by conieco opowiedzieć – skinęła na pożegnanie głową i powolnym, statecznym krokiem oboje opuścili tawernę.

*

Dniało. Słychać było kończącą się powoli fetę. Miasto Barcino powoli kładło się spać, by wraz z nastaniem kolejnego dnia powrócić do starego porządku.
Nad ruinami fortu łopotała flaga Castille.
I czerwono-żółta, kracista szarfa.
©2006-2009 ~Azirafael
:iconazirafael:

Author's Comments

Opowiadanie to sowista sentymentalna wycieczka do czasów pierwszej mojej sesji w 7th sea - lato 2003, Malbork.
Aż łezka się w oku kręci na wspomnienie kilku co ciekawszych "kwiatków" i zaistniałych przezabawych sytuacji - sniff.

Fabuła opowiadania rozgrywa się kilka dni po przejęciu portowego miasta Barcino przez Castylijczyków wspieranych przez dzielną załogę fregaty "Nest". Jak Theus i wena pozwolą to samo odbijanie Barcino i jak do niego doszło też opiszę :)

A póki co miłej lektury.

Comments


love 1 1 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:iconlayhe:
Fajne, fajne. Wciągające, miło się czyta.
Od strony technicznej - uzywaj albo jednego, albo trzech wykrzykników; dwa są niepoprawne ;).
Znalazłam kilka literówek - przylgnęło doń na tyle, ż enikt już nie - że nikt.
ukręcił bata na siebie samegoi. - samego ;).
Zaklnę dziko - zaklnęła może? ;)
To tylko takie czepialskie, wiesz, nawyk po bww ;p
bardzo sympatycznie się czyta, wciaga. Goldfinch dalej jest moją idolką ;) Aż chce mi się pograć Blair i dokończyć tą sesję, co to nam Maciek przygotował. W końcu płyniemy ratować spadek pani boman! ;)
Więcej Goldfinch!

--
What are you now? A conspiracy theorist?
:iconazirafael:
Wiem, że są literówki, postaram się je poprawić - cóż, to są właśnie uroki nieposiadania porządnego worda:P

Co do zagrania sesji - no ba! Trzeba ratować moją "MorningStar" z łap MadDoga, nie?
:iconlayhe:
ja z tymi iterówkami, to tylko żeby pomóc udoskonalić tekst :P

Ba, że trzeba! I się trza dowiedzieć, cóż to za fircyka ciągniemy za sobą - ten, co to grał na pianinie i go Blair "obudziła" niezwykle delikatnie, jak na damę przystało :roll:

--
What are you now? A conspiracy theorist?
:iconwilithin:
Bardzo fajne :)
Przyjemnie się czyta, wciąga, a na koniec wywołuje uczucie niedosytu i pytanie "co było dalej?"
Napisz Azi więcej, napisz :aww: dobrze się czyta Twoje teksty :)

--
Play for me, Minstrel, my love,
play a harp, her neck is of gold,
in a dance, which covers my soul,
I'll become the mirror of my thoughts...

Details

December 10, 2006
29.3 KB

Statistics

4
1 [who?]
587 (0 today)
7 (0 today)

Site Map